Poniedziałek, 26 lutego 2024
Imieniny: Bogumił, Aleksandra, Mirosława
słonecznie
5℃
A+
Tłumacz Google

Ziemia obiecana, czyli z Husowa na Dolny Śląsk

„W Husowie biedę cierpi wszystko, co żyje. Nie naje się tu do syta ani człowiek, ani koń, ani krowa, ani świnia, ani pies, ani kot. Kto chce poprawić swój los, musi się stąd ruszyć. Przespaliście chwilę, gdy można było brać pięknie urządzone gospodarstwa chłopskie. Teraz już trzeba iść na folwarki, na spółdzielcze osadnictwo”. Słowa ekonomisty i prawnika Wincentego Stysia wypowiedziane na spotkaniu wiejskim w Husowie w maju 1946 roku nie pozostały bez echa.

Wiele rodzin z Husowa (wsi spod Łańcuta, która przed wojną liczyła 3000 mieszkańców) spakowało swój niewielki dobytek i zdecydowało się pojechać na Ziemie Odzyskane. Posłuchali Wincentego Stysia z kilku powodów. Rzeczywiście w przeludnionej wiosce cierpieli biedę, a Stysiowi wierzyli, bo był swój. Urodził się i wychował w Husowie w rodzinie małorolnego chłopa – Jana Stysia, ale skończył uniwersytety, więcej nawet, jeszcze przed wojną zdążył się habilitować, pracował naukowo na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, był stypendystą Fundacji Rockefellera, po wojnie we Wrocławiu tworzył Wyższą Szkołę Handlową. W dodatku miał konkretny argument, pokazał husowianom bryłkę ziemi przywiezioną z pola pod Wrocławiem, która była, w przeciwieństwie do ich piaszczystej gleby, czarna i tłusta.

Swoich ziomków, którzy z krowami, świniami, drobiem i kuframi z pościelą przybyli na Dolny Śląsk, nie zostawił samych. Pierwszych kilka osób osadził w Miechowicach Oławskich, następnych dwadzieścia siedem rodzin zamieszkało w Maniowie i Maniowie Małym (gmina Mietków). Każda rodzina dostała jeden pokój z kuchnią z poniemieckimi meblami, elektrycznością i bieżącą wodą. Po wysiedleniu w Maniowie Małym niemieckich rodzin, część osadników zamieszkała w maniowskim pałacu i dworskich czworakach. W czerwcu 1946 roku powołano z inicjatywy Wincentego Stysia spółdzielnię parcelacyjno-osadniczą i przekazano osadnikom majątek: 350 hektarów ziemi wraz z zasiewami, inwentarzem żywym i zapasami. Spółdzielnia prowadziła własną księgowość i spółdzielczą kasę, miała również własny plan gospodarczy. Zarząd decydował o podziale plonów, a członkowie otrzymywali na poczet zarobków zaliczki w ziemniakach, zbożu i paszy. Według założeń po kilku latach wspólnego gospodarowania, miał nastąpić podział na indywidualne gospodarstwa.

Po pierwszych śmiałkach szukających lepszego życia z dala od rodzinnego domu na przyjazd w okolice Wrocławia zdecydowali się kolejni, w tym również siostra profesora Stysia – Józefa Gargałowa. „Wzięłam trzy krowy, konia i psa, kury zapakowałam do pudełek. Do kuferka wędzone mięso i mąkę. Inwentarz jechał pociągiem, a my ciężarówką. Po 17 dniach byliśmy we Wrocławiu”* – wspominała po latach. Przyjechała do Tyńca Małego (gmina Kobierzyce) w kwietniu 1947 roku z grupą husowian liczącą siedemdziesiąt osób. Osadnicy szybko założyli spółdzielnię (taką, jaka działała już bardzo dobrze m.in. w Maniowie), do której wstąpiły czterdzieści dwie rodziny, gospodarując na 500 hektarach ziemi. Zamieszkali w dolnej części Tyńca, w poniemieckim folwarku, w czworakach. Już z założenia profesora Stysia spółdzielnia miała funkcjonować tylko przez kilka ciężkich powojennych lat, później ziemię planowano podzielić pomiędzy jej członków, aby mogli gospodarować samodzielnie, na swoim. Projekt Wincentego Stysia działał. Wspólnie uprawiano ziemię, mimo braku sprzętu i koni: „Ludzie pracowali od wschodu do zachodu słońca w polu. Gospodarka hodowlana się pomnażała, niektóre krowy się wycieliły, kwoki przysporzyły kurcząt. Gospodarze się zmawiali po kilku, jechali w rzeszowskie i przywozili prosiaki”**– wspomina Ludwik Szydełko, jeden z założycieli spółdzielni parcelacyjno-osadniczej w Tyńcu Małym. W czasie żniw koszono kosami, bo choć mieli jedną snopowiązałkę, to nie było ciągnika; trzydziestu kosiarzy szło przez pole z kosami, towarzyszyły im osoby, które wiązały snopy, a młodzież i kobiety je stawiali. Potem przychodził czas młócki, problemy ze starą młocarnią, w końcu orka, sianie oziminy, ręczne kopanie ziemniaków i buraków.

Dobrze prosperujące spółdzielnie oraz ich pomysłodawca – profesor Styś – nie zyskali uznania w oczach władz ludowych; zarówno spółdzielnie w Maniowie, jak i w Klecinie, Zebrzydowie, Miechowicach Oławskich i Tyńcu Małym w 1950 roku przestały istnieć. Rozpoczął się czas przymusowej kolektywizacji rolnictwa.

* cytat z książki Janusza Gargały pt. „Tyniec Mały w dziejach Śląska”

** j.w.

Tekst: Marta Miniewicz, Stowarzyszenie TUITAM

Galeria zdjęć

powrót do kategorii
Poprzednia Następna

Pozostałe
aktualności

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.Ok