Poniedziałek, 26 lutego 2024
Imieniny: Bogumił, Aleksandra, Mirosława
słonecznie
5℃
A+
Tłumacz Google

„Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią im się płaci”, czyli o pewnej wycużniczce z Sulistrowic

Czy Johanna Weiss z Sulistrowic widziała przed śmiercią kreta ryjącego ziemię w ogrodzie i tworzącego kretowiska na jej powierzchni? Byłby to widomy znak, że wkrótce na cmentarzu oczekiwać można świeżej mogiły. A może usłyszała nad ranem, jak zamiast koguta kura pianiem oznajmia początek dnia? Jeśli tak, to oczywistym dla niej musiał być fakt, że śmierć jest blisko. Czuła zresztą zapewne jej oddech przez całe życie, bo jak mawiano: „Każdy człowiek ma swoją śmierć, co za nim chodzi ciągle”*.

Choć nie znamy ostatnich chwil życia Johanny Weiss, to wiemy, że zmarła 27 maja 1801 roku w Sulistrowicach. Posiadamy o niej sporo informacji, zachował się bowiem dokument sporządzony po jej śmierci, czyli szczegółowy inwentarz posiadanego przez nią majątku.

Nie wiemy, ile lat miała w chwili śmierci, ale z inwentarza wynika, że wraz z drugim mężem Leopoldem byli wycużnikami, co oznacza, że z powodu wieku przekazali swoje gospodarstwo za dożywotnie utrzymanie. Być może mieszkali z jedną z córek, Anną Marią Kummerin, zagrodniczką z Sulistrowic, i jej mężem. W części inwentarza dotyczącym kosztów poniesionych w związku z pogrzebem zanotowano, że oprócz kwoty przekazanej księdzu z Sobótki, opłacono trumnę, grabarzy, osoby myjące ciało i odmawiające modlitwę pogrzebową, trunki, chleb i masło serwowane po pogrzebie. Wśród kosztów jest też zapłata dla posłańców, którzy udali się do Tąpadeł i Chwałkowa, do dzieci i wnuków zmarłej. Zapewne rodzina zadbała o to, aby w godzinie śmierci paliły się przy kobiecie świece przynoszące pocieszenie umierającej i mające duszy zmarłej oświetlać drogę. Dopilnowano, aby matce domknąć powieki, by po śmierci nie „wypatrzyła” kogoś z rodziny i nie pociągnęła za sobą na drugi świat. Ciało wyniesiono z domu nogami do przodu, by dusza zmarłej łatwiej opuściła dom.

Johanna Weiss nie zostawiła po sobie zbyt dużego majątku. Osoby spisujące inwentarz niemal przy każdym przedmiocie zaznaczały, że jest stary, bardzo stary, pośledni lub niemodny. Wśród niewielu ubiorów wierzchnich, w spisie znalazły się dwie jupki kamlotowe, czyli wełniane kaftany z rękawami do łokcia – jasnoniebieska była znoszona, czarna całkiem stara; dwie suknie, z których ta w lepszym stanie zapisana została najmłodszej, jeszcze niezamężnej córce Clarze. Dla niej też przeznaczona była pluszowa czapka.

Z przedmiotów gospodarstwa domowego wymieniono między innymi: przybory tkackie oraz dwa stare łóżka, starą szafkę na odzież, stary stół i dwa stare taborety z oparciami. Johanna po długim, zapewne pracowitym życiu pozostawiła po sobie jeszcze marną pierzynę z poślednimi poszwami, stary garnek do pieczenia, równie starą maselnicę, dzieżę i stolnicę, dzbanki, foremki do chleba, pogrzebacz, widełki i starą drewnianą łyżkę. Na wyposażeniu domu był jeszcze, jak go określono w inwentarzu, „całkiem starodawny zegar ścienny” i ku ozdobie dwa malowane na szkle obrazki, które wyceniono na pięć śląskich groszy, czyli tyle samo, co stare płócienne prześcieradło.

Z majątku Johanny spłacono długi, między innymi u kowala z Wilczkowic, wypłacono sporą kwotę najstarszej córce, ponieważ ta wciąż wyrażała roszczenia wobec matki, oraz zaległą ojcowiznę synowi z pierwszego małżeństwa.

Sulistrowice za życia naszej bohaterki były wsią klasztorną, należącą do kanoników regularnych z Wrocławia. Pod koniec XVIII wieku mieszkało tu 385 mieszkańców, głównie katolików, we wsi była szkoła katolicka, trzy młyny i bielnik. Ludność zajmowała się rolnictwem i tkactwem. Nie było kościoła, bo zniszczona podczas wojny trzydziestoletniej świątynia nie została odbudowana (obecna pochodzi z lat 30. XX wieku), więc Johannę pochowano zapewne na cmentarzu parafialnym w Sobótce – stąd w inwentarzu uwzględniono koszty przewozu ciała.

Po pogrzebie rodzina mogła w chałupie wreszcie otworzyć okna, z których widać było nieodległą górę Ślężę, a pod koniec maja na okolicznych polach i łąkach czuć było prawdziwą wiosnę, odsłonięto lustro i nakręcono zegar, który zatrzymano w chwili śmierci Johanny. Życie mogło wrócić na normalne tory.

*Oskar Kolberg

 

Tekst i zdjęcia: Marta Miniewicz

Galeria zdjęć

powrót do kategorii
Poprzednia Następna

Pozostałe
aktualności

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.Ok