Niedziela, 25 stycznia 2026
Imieniny: Tatiana, Paweł, Miłosz
pochmurno
-5℃
Tłumacz Google

Święta, święta, święta – jak to było sto, osiemdziesiąt i sześćdziesiąt lat temu?

Barszcz z uszkami czy grzybowa z kluskami lub pierogami z farszem z ziemniaków i kapusty? A może śledziowa na zimno? Gołąbki z kaszą gryczaną i grzybami czy pierogi z makiem albo z kapustą? Kutia, makiełki czy kruchy zawijaniec z makiem? Wciąż jeszcze pojawiają się w naszych domach wigilijne dylematy kulinarne, bo po II wojnie światowej na Dolnym Śląsku wymieszała się nie tylko ludność, spotkały się też różne tradycje wyniesione z rodzinnego domu. Jak wyglądały święta Bożego Narodzenia w podwrocławskich wioskach na początku XX wieku, zaraz po wojnie i jeszcze trochę później?

 

Przed wojną w Ratowicach

(na podstawie wspomnień Joanny Walczak*)

Mieszkańcy tej nadodrzańskiej wioski (dzisiaj w granicach gminy Czernica) w większości, tak jak w wielu innych miejscowościach na Dolnym Śląsku przed II wojną światową, byli protestantami. I zgodnie z tradycją już w czasie Adwentu przygotowywano domy do świąt Bożego Narodzenia. Stawiano adwentowe wieńce z czerwonymi świecami, które zapalano wieczorem: jedna świeca dla jednej z czterech adwentowych niedzieli. Na kilka tygodni przed świętami przygotowywano też ciasto na pierniki. Choinki przynoszono z pobliskiego lasu i dekorowano bombkami, anielskim włosem i świeczkami, które klamerkami przymocowywano do gałązek.

Zanim jednak wszyscy zasiedli do wigilijnego stołu, udawano się na mszę świętą o piątej po południu. Ewangelicy uczestniczyli we mszy na miejscu, w ratowickim kościele, luteranie bryczkami lub pieszo udawali się do Jelcza, a katolicy do Gajkowa albo Miłoszyc (do jednej i drugiej miejscowości mieli daleko, bo około dziewięciu kilometrów). Po pasterce odmawiano dziękczynną modlitwę i wtedy dopiero można było spożyć wigilijną kolację. Ale stoły wcale nie uginały się od ilości jedzenia. Wręcz przeciwnie, było dosyć skromnie: białe kiełbaski w sosie piernikowym, kwaśna kapusta, ryby i chleb, a na słodko – bułka sparzona gorącym mlekiem, przekładana warstwami maku i cukru.

Potem następowała chwila, na którą czekały wszystkie dzieci – pod ich nieobecność przez okno w pokoju wchodziło Dzieciątko Jezus (Christkind) z prezentami. Nie było to nic wielkiego, trochę łakoci, jakieś zabawki i praktyczne rzeczy, na przykład rękawiczki, czapki, szaliki.

W pierwszy dzień świąt na obiad obowiązkowo na stole pojawiała się pieczona gęś, śląskie kluski i czerwona kapusta. No i… pyszny zawijaniec z makiem z kruszonką. Zamożniejsi gospodarze raczyli się na deser ciastem drożdżowym o nazwie Bienentisch, z dużą ilością miodu i migdałów. Czas spędzano rodzinnie, na sanki chodzono na górkę pod cmentarzem.

 

Zaraz po wojnie

(wspomnienia Stefani Wróbel**)

Stefania, a właściwie Steffi z domu Fuhrmann, Niemka urodzona na Opolszczyźnie, od 1936 roku wraz z rodziną mieszkała w Sulistrowiczkach, bo tam ojciec leśniczy otrzymał pracę. Pierwsze powojenne święta były niezwykle skromne. Ze sprzedaży zimowego płaszcza starczyło na bryłkę masła i maślankę, ale uczta wigilijna po miesiącach wyrzeczeń wydawała się i tak wyjątkowa: ubite ziemniaki z masłem i kiszoną kapustą. Przy choince rodzina wspólnie śpiewała „Cichą noc”. Wieczorem zapukał leśniczy, aby podzielić się opłatkiem, co wywołało zdumienie, bo rodzina Steffi tego polskiego zwyczaju nie znała.

Dwa lata po wojnie osiemnastoletnia Steffi wyszła za mąż za polskiego leśniczego Eugeniusza Wróbla. W swoich wspomnieniach tak opisuje wspólne pierwsze Boże Narodzenie: „Na Wigilię musiałam zachować polskie tradycje kulinarne, wszystkie potrawy były bezmięsne: zupa grzybowa, ryba, pierogi z kapustą i grzybami itd. O śląskich białych kiełbaskach nawet nie mogłam pomyśleć, zresztą i tak nie można było ich dostać. Poza tym godziłoby to w wiarę katolicką. W Wigilię obowiązywał post. Pod choinką również nic dla mnie nie leżało, ponieważ w tym czasie Polacy nie znali jeszcze zwyczaju prezentów od Dzieciątka. Kupiłam swojemu mężowi w Dzierżoniowie jedną parę skórzanych rękawiczek. Pomyślałam, że powoli przyzwyczai się, że pod bożonarodzeniowe drzewko kładzie się sobie wzajemnie drobne upominki”.

 

Dwadzieścia lat później

(wspomnienia Jana Dłubacza***)

Pod Ślężę do malutkiej wioski Tomice (gmina Jordanów Śląski) we wrześniu 1946 roku przyjechało w poszukiwaniu lepszego życia kilkanaście rodzin górali spod Nowego Targu. Trzymali się razem, jak w jednej wielkiej rodzinie, wszyscy mówili gwarą i przez wiele lat po wojnie kultywowali tradycje z Ochotnicy. Przed świętami odbywało się świniobicie. Mięso, przetwory i kiełbasy załadowane do wanienki lub miednicy Jan z bratem roznosił po krewnych; ale nikt stratny nie był, bo wujowie i stryjowie odpłacali się tym samym. Przed wigilią wymieniało się sienniki, starą słomę się wyrzucało, a w stodole wybierało się świeżą słomę owsianą; była miękka i dobrze się na niej spało. W wigilię trzeba było być grzecznym, bo jak wspomina Jan Dłubacz, wszystkie dzieci znały dobrze porzekadło: „We Wigilię dzieci biją”, co oznaczało, że jaka Wigilia, taki cały rok. Do zadań Janka należało wypatrywanie pierwszej gwiazdki. Wiedział, gdzie pojawiała się najszybciej – za piekarnią, za rosnącą tam dziką gruszą. Gdy więc tylko ją dojrzał, pędził do domu, krzycząc: „Gwiazda nad gruszką!”. Na wieczerzę była zupa grzybowa, śledzie zrobione przez tatę w wielkim półmisku, groch z kapustą, kołoce, czyli drożdżowe z kruszonką. Z rybami było trudno, bo rzeczka zamarzała, a w stawie w Piotrkówku miejscowi robili przeręble i łowili ryby dla siebie. Prezentów żadnych nie dawano, pod choinką stała tylko szopka. Po kolacji chłopcy zbierali się i szli przez całą wieś, od gospodarza do gospodarza, aby połamać się opłatkiem. W każdym domu częstowano ich (ale tylko tych, co mieli już „roki”) przez siebie zrobioną gorzałką i zdarzało się, że na pasterkę do pobliskiej Glinicy niewielu już trafiało z powodu miękkich nóg.

W pierwszy dzień świąt dzieci się nudziły, bo nikt nikogo nie odwiedzał, ale za to na św. Szczepana można było już chodzić w gości. Idąc do kościoła, napychało się kieszenie owsem, aby po mszy stoczyć „walkę na owies”. Święty Szczepan został ukamienowany, więc dzieciaki rzucały ziarnem w rówieśników na tyle mocno, aby „kamienowanie odczuli”. W starszych rzucano z respektem i życzeniami urodzaju w przyszłym roku. Wieczorem zaczynano chodzić po kolędzie. Chłopcy czekali, aż na imieninach u gospodarza o imieniu Szczepan „chłopy zaczynali podśpiewywać”, co oznaczało, że humory dopisują i można liczyć na hojniejsze datki. A potem już pukano do drzwi każdego domu i zaczynano śpiewem:

„Niechaj będzie pokwolony

Copka siwo, smrek zielony…”.

 

* wspomnienia spisane przez Krystynę Skowerę, opublikowane na FB Towarzystwa Przyjaciół Ratowic

**z książki pt. „Jestem Niemką w Polsce” autorstwa Stefani Wróbel

***wywiad z Janem Dłubaczem, autorem książki „Moje Tomice”

Tekst: Marta Miniewicz

 


Opisy do zdjęć:
1. Święta, święta, święta, czyli ostatni w tym roku, świąteczny Wędrownik
2. Ratowice (gm. Czernica) zimową porą na początku XX wieku
3. Sulistrowczki (gm. Sobótka) na początku XX wieku
4. Współczesny widok na Tomice (gm. Jordanów Śląski)
5. Autorzy Wędrownika życzą wszystkim naszym Czytelnikom spokojnych świąt Bożego Narodzenia i dużo czasu na spokojną i dobrą lekturę 

Galeria zdjęć

powrót do kategorii
Poprzednia Następna

Pozostałe
aktualności

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.Ok