Pierwsi Polacy dotarli do Kątów Wrocławskich, miasteczka odległego o niespełna trzydzieści kilometrów od Wrocławia, już w kwietniu 1945 roku. Musieli się tutaj czuć obco, bo na niemieckich domach zamieszkałych wciąż przez niemiecką ludność, wszędzie widniały niemieckie napisy. W mieście zajętym przez Armię Czerwoną życie organizował powołany przez Rosjan niemiecki zarząd. Co prawda 13 kwietnia 1945 roku pojawił się w Kątach na chwilę w otoczeniu współpracowników i polskich milicjantów Bolesław Drobner, przyszły prezydent Wrocławia, którego celem było jak najszybsze dotarcie do stolicy Dolnego Śląska. Z powodu trwających wciąż walk, przenocować musiał właśnie w Kątach. Dopiero w czerwcu Polacy formalnie przejęli władzę w mieście, ale Rosjanie zostali tutaj jeszcze do 1946 roku.
W maju i czerwcu przybyły do miasta pierwsze zorganizowane grupy Polaków, nazywanych formalnie „migrantami wewnętrznymi”, a popularnie Centralakami. Byli to osadnicy pochodzący głównie z województwa krakowskiego i poznańskiego oraz kieleckiego. W lipcu trafili do miasta pierwsi przybysze zza Buga. Ale i tak sytuacja była niezwykle skomplikowana. W lipcu 1945 roku w mieście mieszkało tylko 91 Polaków i 1854 Niemców. Akcja wysiedlania ludności niemieckiej zaczęła się na dobre dopiero w 1946 roku, a oficjalnie zakończyła się w czerwcu 1947 roku. Polacy stali się wówczas jedynymi gospodarzami miasta, a dawne Kanth zamieniło się w polskie miasto – Kąty.
Jak żyć na obcej ziemi?
Zorganizowanie życia od podstaw stanowiło wyzwanie dla młodej polskiej administracji. W mieście brakowało jedzenia, trzeba było zakwaterować gdzieś polskich osadników. Rosjanie spalili nowoczesny i piękny szpital miejski, który znajdował się naprzeciwko kościoła przy obecnej ulicy Mireckiego (jedna z wersji wydarzeń mówi, że stało się to podczas poszukiwań spirytusu medycznego, bynajmniej nie w leczniczych celach), a w mieście rozszalała się epidemia tyfusu. Naprędce zorganizowano więc szpital w budynkach po ewakuowanym wcześniej domu dziecka (obecnie ulica 1 Maja 43). Chorymi zajmowali się najpierw rosyjscy, a potem niemieccy lekarze. Lekarzy niemieckich było dwoje, lekarka jednak wkrótce umarła na tyfus. Na szczęście w mieście pojawił się człowiek wielkiego formatu – Bolesław Rutkowski, były więzień obozu w Auschwitz. Mimo strasznych wojennych przeżyć, nie dzielił pacjentów na lepszych i gorszych, polskich i niemieckich, ratując życie jednych i drugich z równym poświęceniem. Wkrótce Kąty z powodu epidemii zostały na trzy miesiące (od października do grudnia) „miastem zamkniętym”, a personel medyczny otrzymał zakaz opuszczania placówki. Kto więc leczył pozostałych mieszkańców?Niemiecka akuszerka, o dużej wiedzy medycznej i odwadze. Jeździła po okolicy rowerem, zaopatrzona w stosowne przepustki w trzech językach: niemieckim, polskim i rosyjskim, mogła swobodnie przemieszczać się po okolicy bez obawy, że jej środek lokomocji zostanie zarekwirowany. Jej siostrzeniec Feliks Schön często pomagał cioci, na jej zlecenie zakradał się przez piwniczne okienko do nieczynnej apteki, aby wydobyć stamtąd potrzebne utensylia. Chorował na tyfus i dlatego nie wysiedlono go w roku 1946 (na połączenie z rodziną czekał kolejne 10 lat).
Niemieckie dzieci wkrótce przestały chodzić do szkoły. Ruszyła za to pierwsza polska szkoła i to już 1 września. Przybyłe w lipcu z terenów ZSRR polskie małżeństwo Gałuszków za punkt honoru postawiło sobie uruchomienie placówki edukacyjnej w jedynym nadającym się do tego budynku po dawnej szkole katolickiej (obecnie dom przy ul. Mireckiego 6). Nie było żadnego spisu ludności czy ewidencji, więc Gałuszkowie przyszłych uczniów szukali, chodząc od drzwi do drzwi po miasteczku i okolicznych wsiach. Pomoce wykorzystywane podczas lekcji w większości były poniemieckie, część przyborów szkolnych udało się pozyskać podczas zorganizowanego we wrześniu Tygodnia Książki. Dzieci pisały najczęściej na odwrocie starych niemieckich dokumentów, które podarował szkole Urząd Miasta. Kiedy w 1946 roku kupiono do szkoły nowe zeszyty, to fakt ten odnotowany został w miejskiej kronice!
Jak zorganizować życie miasta od zera?
Nie było to proste zadanie. Opowieść o tym, jak przejmowano stopniowo niemieckie zakłady, warsztaty i mieszkania to historia długa, nierzadko dramatyczna i na pewno zasługująca na osobny artykuł. Tak więc wróćmy do naszych pionierów. Miasto nie było zniszczone, ale wkrótce zaczęło brakować mieszkań. Nowych nikt na Dolnym Śląsku nie budował jeszcze przez długi czas, remonty również przeprowadzane były oszczędnie. Zaczęto więc pospieszną adaptację lokali użytkowych na mieszkania. Pilniejszą była jednak kwestia wyżywienia. Tym zajęła się administracja miasta od razu. Pierwsze zapasy pochodziły z magazynów radzieckiej armii. Co było można, rekwirowano autochtonom. Panie Eleonora Cholewińska i Wanda Perzyńska, skierowane do Katów z misją aprowizacji, otworzyły w budynku na rogu rynku stołówkę dla nielicznych jeszcze polskich osiedleńców. I właśnie wydawane tam posiłki były główną formą zapłaty dla pierwszych urzędników! Potem zaczęto organizować na polach zbioryocalałych plonów. Nowe zasiewy były już „polskie”. Wyposażenie osadnikom przydzielał też Państwowy Urząd Repatriacyjny. Wszystkich obowiązywały kartki żywnościowe, ale nie zawsze było gdzie je zrealizować. Niemieccy mieszkańcy za żywność wymieniali resztki swoich dóbr. Generalnie w pierwszych miesiącach obowiązywał najczęściej handel wymienny. Mieszkańcy, zarówno ci nowi jak i „starzy”, starali się na wszelkie sposoby poprawić swój los. Gdzieniegdzie, na przykład na posesji pod adresem Rynek 15, widać jeszcze wyższy poziom podwórka – pozostałość warstwy ziemi nasypanej na bruk, aby można było stworzyć mini ogródek. Na pobliskiej ulicy Okulickiego w piwnicy, w dawnym wielkim piecu centralnego ogrzewania wstawiono klatki z królikami. Te dzielne i bardzo płodne zwierzątka pojawiają się w wielu powojennych opowieściach. Największą sensacją stanowiła chyba jednak krowa wypasana na ratuszowym podwórku.
Już w czerwcu otworzyła się na szczęście pierwsza polska piekarnia (oczywiście na bazie poniemieckiej), zaraz potem sklep, gdzie wystawę zdobił jeden, jedyny słoik z ogórkami… W tym samym roku otwarto też co najmniej jedną restaurację i kawiarnię. Po roku było już takich przybytków sześć. Ludzie po koszmarze wojny chcieli normalnie żyć, bawić się i spotykać. Tłumnie uczęszczano na msze – wszak „nowi” mieszkańcy mieli różne pochodzenie, zwyczaje, nawet język ich różnił. Kościół łączył i pozwalał poczuć się wspólnotą. Nikogo wtedy nie dziwiło, że obchody komunistycznego święta 22 lipca zaczynały się nabożeństwem.
Wojna nie daje o sobie zapomnieć
Jednak poczucie zagrożenia było wszechobecne i bynajmniej niewyimaginowane. Choć od 1 czerwca 1945 roku działał w mieście posterunek MO (w tym samym miejscu do dziś funkcjonuje posterunek policji), nie wszystkich niebezpieczeństw dało się uniknąć. Statystyki donoszą, że na terenie gminy w pierwszym roku po wojnie w wyniku wybuchu min zginęło sześciu rolników. W parku miejskim długo stały tabliczki ostrzegające przed zejściem z alejek. Jednak najtragiczniejsze wydarzenie miało miejsce dziewięć lat po wojnie. Na kąckim cmentarzu jeszcze dzisiaj zwraca uwagę dziecięca zbiorowa mogiła. Pochowano tutaj czterech chłopców w wieku od czterech do siedmiu lat, którzy zginęli od wybuchu niewypału w maju 1954 roku. Dzieci nieświadome zagrożenia zdetonowały na ul. Daszyńskiego minę przeciwczołgową, którą dzień wcześniej przyniosło tam kilku nastolatków.
O wojnie wciąż przypominały liczne świeże groby. Pan Stanisław Cały z Tyńca Małego wspomina taki grób znajdujący się niedaleko jednego z domów w Kębłowicach. Zapewne pochowano tam jakiegoś niemieckiego żołnierza, o czym świadczył hełm powieszony na prowizorycznym krzyżu. Z początku grób omijano podczas prac polowych. Z czasem dzieciaki zabrały hełm do zabawy, krzyż spróchniał, a grób stał się niewidoczny. Ile takich prowizorycznych pochówków znajdowało się w okolicy? Nie wiadomo, część ciał z czasem ekshumowano i wiele lat po wojnie dokonano ponownego pochówku na cmentarzu w Nadolicach Wielkich.
Dlaczego powstał pomnik Feniksa i czy to odpowiedni symbol?
Na kąckim rynku stoi od 1997 roku pomnik mitycznego ptaka Feniksa – symbol narodzin polskiej tożsamości tych ziem. Dzięki ciężkiej pracy tych, którzy 80 lat temu przyjechali na „dziki zachód”, dzięki popularnym wówczas czynom społecznym, w których brali udział uczniowie miejscowych szkół i pracownicy kąckich zakładów produkcyjnych, w stosunkowo krótkim czasie uprzątnięto w mieście zniszczenia, zaczęto tworzyć place zabaw, na skwerkach wysiewano trawę. Nie brakowało zaangażowania i wiary w tworzenie „nowej Polski”. Życie w pierwszych powojennych latach uwieczniali kąccy fotografowie – państwo Antoszewscy. Działali wiele lat w poniemieckim zakładzie, pracowali na poniemieckim sprzęcie, zrobili mnóstwo zdjęć dokumentujących codzienne życie, uroczystości rodzinne, fotografując mieszkańców, którzy tworzyli polską historię miasta.
Zdjęcia ze zbiorów: Regionalnej Izby Pamięci w Kątach Wrocławskich i Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Kąckiej
Tekst: Beata Jurcewicz
OPIS ZDJĘĆ
- Plakat propagandowy 1946 rok (ze zbiorów Muzeum Ziemi Lubuskiej).
- Pierwsza oficjalna polska wizyta w Kątach. Bolesław Drobner przed kamienicą Rynek 3 (za www.polska-org.pl.
- Z walizką. Przesiedleńcy na Ziemiach Zachodnich, zdjęcie K. i K. Danielewiczowie (archiwum Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Kąckiej).
- Jeden z pierwszych w Kątach sklepów przy obecnej ulicy Sikorskiego 1. Na bocznej ścianie widoczny jeszcze zatarty szyld sklepu Rudolfa Waldy. Do roku 1947 sklepy, warsztaty i lokale usługowe były najczęściej prywatne. Szybko jednak zaczęto stosować różne formy nacisku, aby przejąć je w zasoby spółdzielni takich jak Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska”. Zdjęcie K. i K. Danielewiczowie (archiwum Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Kąckiej).
- Wnętrze sklepu, zdjęcie K. i K. Danielewiczowie (archiwum Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Kąckiej).
- Szkoła podstawowa w Kątach, zdjęcie K. i K. Danielewiczowie (archiwum Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Kąckiej).
- Przed biurami GS (Rynek 16). W wózku największy skarb, świeżo upieczone bochny chleba z pobliskiej piekarni, zdjęcie K. i K. Danielewiczowie (archiwum Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Kąckiej).
- Piekarze przy pracy przy poniemieckim jeszcze piecu. Obecnie w tym lokalu przy Rynku nadal funkcjonuje piekarnia i cukiernia, ale z oryginalnego wyposażenia nic nie pozostało. Zdjęcie K. i K. Danielewiczowie (archiwum Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Kąckiej).
- Ulica Świdnicka w Kątach. W akcji odgruzowywania brały udział nawet dzieci. Najczęściej były to tzw. czyny społeczne, a czasem zwykła sąsiedzka inicjatywa, jak na tym zdjęciu (archiwum Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Kąckiej).
- Do końca 1945 roku uruchomiono w mieście cztery przedsiębiorstwa, były to odlewnia żeliwa, mleczarnia, Państwowe Przedsiębiorstwo Traktorów i Maszyn Rolniczych (na zdjęciu pracownicy zakładu) oraz młyn. Od 1947 roku działał już największy kącki zakład - Fabryka Krochmalu i Płatków Ziemniaczanych, późniejsze Zakłady Przemysłu Ziemniaczanego (archiwum Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Kąckiej).
- Transport zbiorowy był jednym z największych i najpilniejszych wyzwań dla nowej polskiej administracji. Pierwszy pociąg po zakończeniu działań wojennych przejechał przez Kąty już w sierpniu 1945 roku. Wcześniej do transportu używano głównie furmanek i ciężarówek (archiwum Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Kąckiej).
- 4 maja 1954 roku czworo dzieci zginęło od miny przeciwpiechotnej. Pochowano je we wspólnym grobie. Piąty chłopiec nie miał nic wspólnego z tą tragedią, zmarł z przyczyn naturalnych kilka miesięcy później (archiwum Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Kąckiej).
- Kącki Feniks z 1997 roku niektórym mieszkańcom kojarzy się z … gołębiem. Pomnikowi towarzyszy opowieść o „zagnieżdżeniu” się Polaków w tej okolicy.