Piątek, 09 października 2026
Imieniny: Ludwik, Arnold, Bogdan
deszcz
13℃
Tłumacz Google

Kilka obrazków z nauczycielskiej (nie)doli, czyli obyś cudze dzieci uczył

Najstarsze zapiski o wiejskich szkołach na terenie dzisiejszego powiatu wrocławskiego są nieliczne i pochodzą dopiero z XVII wieku, ale na ich podstawie i późniejszych dokumentów można stworzyć skromny obraz życia nauczyciela sprzed kilku wieków. Choć teraz trudno w to uwierzyć, kandydat ubiegający się o to stanowisko nie musiał wykazywać się żadnymi wyjątkowymi kwalifikacjami – ważne, że umiał czytać, pisać i, przede wszystkim, obeznany był z treścią Pisma Świętego. Nie dziwi więc, że na stanowisko osoby mającej nieść kaganek oświaty powoływano zwykle organistę – choć czasem mogło się też zdarzyć, że lekcji udzielał… krawiec (w Księginicach), parobek (w Galowicach) czy ogrodnik (w Tyńcu Małym).

 

Praca na kilka etatów

Kusząca dla nauczyciela mogła być wizja otrzymania darmowego lokum – ale tkwił tu pewien haczyk; to właśnie w izbie, w której mieszkał z rodziną, musiał też prowadzić lekcje (z rzadka, jeśli nadarzała się taka możliwość, dzieci uczyły się w pomieszczeniach przy kościele). Tak było w przypadku chociażby nauczyciela z Brzeziej Łąki (gm. Długołęka), który dostał na swój użytek izbę mieszkalną w budynku z drewna i gliny – w której zmieścić musiał oprócz swojego dobytku i rodziny również dwudziestu czterech uczniów – należała do niego także piwniczka, piec chlebowy i pomieszczenie gospodarcze. Wbrew pozorom nie mógł jednak narzekać na swój los – korzystał bowiem z przylegających do szkoły ogródka, sadu i pola, z czego czerpał dodatkowe dochody, w dodatku pozwalano mu wypasać bydło na pastwisku gminnym, zbierać chrust i wycinać drzewa w lesie właściciela wsi, kosić trawę na cmentarzu. No dobrze, tylko jak znajdował na to czas i godził ze sobą te dwa etaty, w szkole i na gospodarce? Nic prostszego; lekcje odbywały się zwykle jesienią i zimą (od siódmej do piętnastej, z dwugodzinną przerwą, a w środy i soboty w godzinach popołudniowych), wiosną i latem uczniowie byli zbyt potrzebni do pomocy w gospodarstwach, by mogli marnować ten czas w szkolnych ławach. A jaką wiedzę przekazywał swoim uczniom podczas tych chłodnych miesięcy? W pierwszej klasie uczył ich abecadła i sylabizowania. W drugiej – czytania. W trzeciej czas poświęcano na doskonalenie nabytych umiejętności oraz naukę pisania i rachunków. Mieszkańcy wsi sami musieli płacili za wykształcenie dzieci – przede wszystkim gotówką, ale też na przykład w ziarnie. Jednak, co należy odnotować, nie zawsze wszyscy pamiętali o uregulowaniu wszystkich należności względem nauczyciela…

 

Ucz, służ plebanowi i uderzaj w dzwon!

Na tym jednak zadania nauczyciela z Brzeziej Łąki w XVII wieku się nie kończyły – ponieważ był jednocześnie skrybą, sługą kościelnym (odpowiadał bezpośrednio przed plebanem), do jego obowiązków, za które również otrzymywał wynagrodzenie, należało otwieranie i zamykanie kościoła, a także przyozdabianie go na rozmaite święta, prowadzenie ksiąg, asystowanie podczas nabożeństw, dbanie o szaty i naczynia liturgiczne. I, o czym zapomnieć nie można, nauczyciel był odpowiedzialny za uderzanie w dzwon. Rano, w południe i wieczorem, dbając o punktualność, bo wedle dzwonów ludzie we wsi planowali swoje codzienne obowiązki. Dzwonił na pogrzeby, uroczystości – i latem, w trakcie burzy, wierzono wszak, że dźwięk dzwonu uchroni miejscowość przed piorunami (dostawał za to kolejną daninę, tak zwane „snopy burzowe”). Nic więc dziwnego, że nauczyciele, kuszeni licznymi „dodatkami”, rzadko zmieniali miejsce pracy, a zawód przechodził czasem z ojca na syna.

 

Za garniec żyta

W przypadku Brzeziej Łąki, która od XIII wieku stanowiła własność kanoników regularnych pod wezwaniem św. Augustyna we Wrocławiu, to właśnie klasztor był odpowiedziany za wypłacanie pensji nauczycielowi. W XVII wieku wynosiła ona cztery talary rocznie. Ale opłatę musieli ponosić również rodzice, w zależności od tego, do której klasy uczęszczały ich dzieci. Za najmłodszych uczniów płacono dziewięć halerzy, za najstarszych jeden srebrny grosz i sześć halerzy co tydzień. I, oczywiście, dodatkowa opłata obowiązywała na św. Michała; ci mniej zamożni dawali garniec żyta, bogatsi dwa, a klasztor zobowiązany był do dostarczenia nauczycielowi ośmiu korców i jedenastu garnców zboża.

 

Z dokumentów wiemy, że w 1768 roku do szkoły uczęszczało aż stu sześćdziesięciu sześciu uczniów, a nauczyciel, Leopold Sauer, miał jeszcze więcej obowiązków – musiał prowadzić dziennik klasowy i skrupulatnie odnotowywać nazwiska uczniów, którzy nie przychodzili na lekcje, bo w państwie pruskim nie patrzono już tak łaskawym okiem na nieobecności. Rodziców, którzy woleli zatrzymać dzieci na gospodarce, czekała dotkliwa kara – płacili grzywnę aż dwukrotnie wyższą niż opłata za naukę. Nowo wprowadzonych reguł nie przestrzegano jednak szczególnie, zdarzało się, że najmłodsi uczniowie przychodzili do szkoły tylko na dwie godziny, a starszym dawano dyspensę od końca kwietnia do listopada – wszak bydło się samo nie wypasie. Nie dziwi więc, że w lipcu wprowadzono miesiąc wakacji (choć małoletni rzadko kiedy mieli wówczas czas na wypoczynek).

 

Nadal bezpośrednim zwierzchnikiem nauczyciela pozostawał proboszcz, który udzielał swojemu podopiecznemu wszelakich rad, wymagał szacunku i pilnował, by nauczyciel nie opuszczał lekcji i nie dorabiał przypadkiem w tym czasie na inne sposoby. Nie zawsze jednak każdy belfer był karny i posłuszny. W 1801 roku Karol Schongart, który przejął schedę po Sauerze, wdał się z ówczesnym proboszczem, Filipem Urbanem, w poważny konflikt – na tyle poważny, że do akcji musiał wkroczyć starosta. Ten, po zbadaniu całej sprawy, uznał, że nauczyciel faktycznie „nie był wobec swego przełożonego pod każdym względem posłuszny”, ale równocześnie doskonale sprawdzał się jako pedagog, a jego uczniowie osiągali świetne wyniki. Można podejrzewać, że sprawa rozeszła się po kościach.

 

Trzy krzyżyki

Nie wszyscy nauczyciele cieszyli się jednak tak dobrą opinią. W 1690 roku we wsi Węgry nauczyciel równocześnie prowadził karczmę i, zdaniem proboszcza, był zbyt niedouczony, by kształcić dzieci – co gorsza, okazało się też, że niewiele wie o wierze katolickiej i nigdy nie był u spowiedzi w Wielkanoc. W związku z tym oburzony proboszcz sam nauczał… trójkę uczniów (niewielu, biorąc pod uwagę fakt, że parafia liczyła kilkaset osób).

Niezadowalające wyniki osiągał też na początku XVII wieku Wiktor Hildebrand, który trafił do szkoły w Długołęce. Nauka szła tam tak kiepsko, że po kilkunastu latach od powstania szkoły z zażenowaniem odnotowano, iż jedynie cztery osoby we wsi potrafiły podpisać się imieniem. Inni, jak przed laty, zamiast podpisu stawiali trzy krzyżyki.

 

Tekst: Sonia Miniewicz

Galeria zdjęć

powrót do kategorii
Poprzednia Następna

Pozostałe
aktualności

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.Ok