Jak wyglądała kilkadziesiąt, sto albo sto pięćdziesiąt lat temu miejscowość, w której się urodziłem, chodziłem do szkoły i/lub mieszkam teraz? Jak żyło się tutaj dawnym mieszkańcom? Jak wyglądali i w co się ubierali? Gdzie uczyli się czytać i pisać? Gdzie robili zakupy i jak spędzali wolny czas? Jakiego byli wyznania? Czy we wsi był kościół? Oglądając uważnie przedwojenne pocztówki, znajdziemy odpowiedzi na większość tych pytań. Mnie udało się nawet zobaczyć, jak wyglądał dom, w którym obecnie mieszkam. Co jakiś czas w „Wędrowniku” dokładniej przyjrzymy się wybranej miejscowości. Dziś będzie nią Domasław, wioska o układzie ulicówki (czyli zwartej zabudowie znajdującej się wzdłuż drogi, przypominającej miejską ulicę). Przez Domasław przejeżdżają najczęściej ci, którzy z Wrocławia jadą w stronę Kłodzka, a z okien pociągu oglądają ją pasażerowie podróżujący w stronę Świdnicy lub chcący zdobyć Ślężę.
Reklama dźwignią handlu
Domasław na początku XX wieku był, tak jak wiele innych dużych wiosek (w 1910 roku mieszkało tu aż 927 osób), miejscowością samowystarczalną. Rano po pieczywo chodzono do piekarni Paula Mielerta, który oprócz sprzedaży własnego pieczywa prowadził sklep z produktami kolonialnymi. Piekarnia znajdowała się w samym centrum wioski. Paul był człowiekiem przedsiębiorczym i znał dobrze prawdę zawartą w powiedzeniu „reklama dźwignią handlu”, bo wydał kilka pocztówek z Domasławia, reklamując na niektórych z nich swój sklep. Nie był wyjątkiem, gdyż karty pocztowe często ukazywały się z inicjatywy właścicieli lokalnych sklepów i gospód. I tak zobaczymy, że w Domasławiu przed wojną istniały dwie masarnie; właściciel jednej z nich, Ernst Baum, na afiszu zamieścił dodatkową informację „Wurstfabrik” – wyrabiał pewnie na większą skalę kiełbasy. Na zdjęciu widzimy Ernsta z żoną i pracownikami masarni, którzy do zdjęcia ubrali czyściutkie białe fartuchy, oraz leśniczego ze strzelbą (zapewne dostarczał do zakładu dziczyznę). Witryna nie pozostawia wątpliwości, czym tutaj się handluje, na oknie sklepowym rozciągnięto bowiem wieprzową tuszę.
Jak wyglądał kościół?
Dzięki domasławskiemu piekarzowi i wydawcy możemy zobaczyć, między innymi, jak wyglądał kościół (zniszczony pod koniec wojny, ocalała tylko XVI-wieczna wieża). Średniowieczną świątynię otaczał tak jak dzisiaj ceglano-kamienny mur. Co niedzielę kościelną bramę przekraczali mieszkańcy wioski wyznania ewangelickiego, bowiem kościół (co skrupulatnie zaznaczano na pocztówkach) służył protestantom. W Domasławiu już od 1529 roku stanowili oni zdecydowaną większość; na początku XX wieku zaledwie kilkanaście katolickich rodzin musiało na mszę udać się do oddalonych o kilka kilometrów od wioski Bielan Wrocławskich lub Tyńca Małego. Do Domasławia przybywali za to ewangelicy nie tylko z sąsiednich wiosek, ponieważ parafia obejmowała kilkanaście miejscowości. Niestety z pocztówek nie poznamy wyposażenia świątyni, której patronem był wówczas św. Jan Chrzciciel. A szkodaNa kartach pocztowych wydanych po I wojnie światowej przy murze kościelnym zobaczymy pomnik postawiony na pamiątkę mieszkańców Domasławia, którzy zginęli podczas wojny, wraz z listą poległych. Po 1945 roku pomnik zastąpiono kapliczką maryjną, wykorzystując do jej budowy ozdobne ogrodzenie i kamienne schodki.
Szkoła
Na wielu pocztówkach zobaczymy podobne ujęcie – kościół, plac przed kościołem ze stawem i ewangelicką szkołę, znajdującą się w bliskim sąsiedztwie świątyni (uszkodzony budynek przetrwał do dzisiaj i pełni funkcję mieszkalną). Na jednej z ręcznie kolorowanych fotografii uczniowie pozują do zdjęcia na tle szkolnego budynku. Stoją nad stawem w dwóch grupach, po lewej stronie chłopcy ubrani w mundurki, pośrodku nauczyciel, a po stronie prawej dziewczynki w sukienkach i śnieżnobiałych fartuszkach z falbankami oraz dwie nauczycielki. Gdy robiono zdjęcie, prawdopodobnie przez plac konnym wozem przejeżdżał młody mężczyzna z czarnym wąsem, który również chętnie ustawił się do fotografii, nie mając świadomości, że w ten sposób unieśmiertelni swój wizerunek. Mieszkańcy Domasławia bez trudu rozpoznają miejsce widoczne na zdjęciu; tam, gdzie po stawie pływały kaczki, dziś robi się zakupy w sklepie „Niezapominajka”.
I coś dla ciała
Z pocztówek z Domasławia dowiadujemy się, że we wsi istniały co najmniej dwie gospody. Jedna działała w budynku, w którym obecnie mieści się świetlica i biblioteka. Gasthof musiał prosperować bardzo dobrze, choć zmieniał często właścicieli, bo na kartach z kolejnych lat widzimy, jak obiekt jest rozbudowywany. Gospoda posiadała ogród restauracyjny z tyłu budynku, dużą salą taneczną na piętrze i salą bilardową. Tego typu „przedsiębiorstwa” o charakterze rozrywkowo-rekreacyjnym zyskały w tym czasie określenie zapożyczone z języka francuskiego – „etablissement”. Służyły nie tylko lokalnej społeczności, ale odwiedzane były często przez mieszkańców Wrocławia szukających odpoczynku od miejskiego zgiełku. W drugiej gospodzie, noszącej dumną nazwę „Zum Herzog Heinrich”, Paul Piske oferował dania przyrządzane z mięsa z własnego uboju, a dodatkową atrakcją dla gości była kręgielnia.
Szlachetne zdrowie
W Domasławiu w pięknej willi znajdującej się niedaleko kościoła działała apteka, a z fundacji wdowy Scholtz-Dortschi na obrzeżach miejscowości (od strony Wrocławia) powstał szpital. Otwarto go w 1893 roku, pracował tam wówczas jeden lekarz i cztery diakonisy protestanckie, które opiekowały się pięćdziesięcioma pacjentami, tyle było bowiem pierwotnie łóżek. Pięć lat później, w 1898 roku, opiekę znalazło tu aż czterystu dwudziestu siedmiu chorych.
Wielu budynków przedstawianych na pocztówkach nie zobaczymy już w Domasławiu. Nie ma dziś starej pastorówki, kilku okazałych willi, apteki, gospody Pod Księciem Henrykiem Paula Piskego, wytwórni słodu, szpitala i wielu domów mieszkalnych – jest to w dużej mierze efekt toczących się tutaj w lutym 1945 roku zażartych walk. Wygląd wielu ocalałych obiektów uległ diametralnej zmianie po przebudowach i remontach, dostosowaniu do późniejszych potrzeb i funkcji, dlatego czasami rozpoznanie budynków z przedwojennych kart pocztowych jest prawdziwym wyzwaniem i bywa niemałym zaskoczeniem.
Tekst: Marta Miniewicz
Zdjęcia