Wypadek sprzed ponad stu lat pozwala wejrzeć w świat automobili made in Breslau, kierowców strachliwych z natury i kobiet, które zachowują się „odwrotnie niż powinny”.
Wykopy, objazdy, wiadukty w polu – kierowcy zmierzający z Wrocławia do Kłodzka mogą mieć już pewność, że trasa S8 wkrótce zamieni się w drogę szybkiego ruchu. Równo za rok, we wrześniu, ma być gotowy pierwszy odcinek między Kobierzycami a Łagiewnikami; najbardziej zaawansowany jest fragment koło Jordanowa Śląskiego. Zanim pomkniemy czteropasmówką z Wrocławia na południe, cofnijmy się w czasie o ponad sto lat, gdy samochody w tej okolicy nie były jeszcze częstym widokiem.
Szerokim echem musiał odbić się w 1910 roku wypadek samochodowy koło Jordanowa, skoro napisała o nim lokalna gazeta z Naunhof w Saksonii, miasta oddalonego od miejsca zdarzenia o 400 km. „Breslau, 20 czerwca. W pobliżu Jordansmühl koło Nimptsch (Niemcza) w wyniku poślizgu przewrócił się automobil z Wrocławia. Jeden z pasażerów, kupiec Kirschner z Berlina, doznał pęknięcia czaszki i poniósł śmierć na miejscu. Żona właściciela pojazdu odniosła ciężkie obrażenia wewnętrzne”.
Nie dowiemy się już pewnie nigdy, czy przyczyną poślizgu był zły stan nawierzchni, czy nadmierna prędkość, czy jedno i drugie. Warto jednak wiedzieć, że zdarzyło się to zaledwie 8 lat po przedstawieniu przez Mercedesa pierwszego nowoczesnego samochodu w historii – sportowego Mercedesa-Simplex z silnikiem o mocy aż 40 KM. Firma Peugeot z kolei, po tym jak porzuciła produkcję stelaży do krynolin, szkieletów parasolek, młynków do kawy i rowerów, zaledwie dziewiętnaście lat przed wypadkiem pod Jordanowem zaczęła na większą skalę produkcję pojazdów z silnikiem spalinowym. Podobnie założona w 1895 roku Skoda – nie zadowalała się już wytwarzaniem rowerów i ledwie 5 lat przed wypadkiem kupca Kirschnera pokazała swój pierwszy samochód zwany z francuska Voiturette A, wyposażony w silnik o mocy… 7 KM.
Od rowerów do wyścigówek
W motoryzacji były to więc czasy pionierskie, w których proste „Motorenwagen”, czyli pojazdy z silnikiem, dopiero zaczęły zyskiwać nowoczesną, szlachetną nazwę automobili. I właśnie o automobilu jest mowa w prasowej notatce na temat wypadku, na dodatek o automobilu z Wrocławia, choć jego właściciel pochodził z Berlina. Czyżby chodziło o samochód produkowany we Wrocławiu? Niewykluczone, ponieważ w stolicy Dolnego Śląska w latach 1882-1927 działała fabryka samochodów Beckmann. Zaczynała, a jakże!, od produkcji rowerów, a raczej „welocypedów”. Do pierwszej wojny światowej Beckmann produkował już jednak kilka rodzajów automobili, z czasem montował w nich nawet własne silniki. Jego auta startowały z sukcesem w wyścigach i cieszyły się wielką renomą. Czy właśnie możliwości takiego sportowego auta testował (z tragicznym skutkiem) pod Jordanowem berliński kupiec? Nie wiadomo.
Pewne zaś jest, że w rozporządzeniu z 2 lutego 1910 roku dozwoloną prędkość jazdy w terenie zabudowanym określono w Niemczech na 15 km/h. Nie wiemy jednak czy nasz tragiczny bohater znajdował się w terenie zabudowanym i czy ewentualnie zdawał sobie z tego sprawę, bo kryteria były wtedy dość płynne. W roczniku informacyjnym śląskiego oddziału niemieckiego automobilklubu z 1913 roku taki obszar opisano następująco: „Teren należy uznać za zabudowany, gdy budynki nie stoją rozproszone w polu wzdłuż drogi, lecz dają wrażenie zwartej zabudowy. Można to poznać po architektonicznej ciągłości zabudowań […], gdy istnieje gospodarczy związek między nimi, na przykład widoczne są numeracja, urządzenia oświetlające drogę, nazwy ulic itp.”. Przyznajmy, że precyzja tej „definicji” godna jest pionierskich czasów w motoryzacji.
Wspomniany rocznik informacyjny sprzed 113 lat służył zresztą kierowcom wieloma radami. Gdyby tylko zechcieli ich przestrzegać! Oto jedna z nich: „Pamiętaj, że wielu ludzi, zwłaszcza kobiety i dzieci, niemal zawsze zachowują się [na drodze] odwrotnie niż powinni”. Autor tych dobrych rad, niejaki adwokat Bick, mimo wszystko miał dla nich trochę zrozumienia „Nie traktuj pieszych jak uciążliwej przeszkody, lecz jak cenne dobro, które zawsze należy chronić”, pisze i na wszelki wypadek od razu ostrzega: „Uciec z miejsca wypadku znaczy pokazać, że jest się tchórzem”.
Poszukiwany szofer z zimną krwią
Słowo „tchórz” wisi w powietrzu, gdy adwokat Bick przytacza w swoim roczniku przypadek pewnego właściciela pojazdu. A mowa o czasach, gdy nie każdy kierował samochodem osobiście, lecz zatrudniał szofera. W roczniku śląskiego oddziału niemieckiego automobilklubu z 1913 roku czytamy: „Kierowca pojazdu silnikowego przejechał na ulicy mężczyznę, który ze spuszczoną głową przechodził przez jezdnię, nie zwracając uwagi na ruch dookoła”. Do odpowiedzialności pociągnięto właściciela auta. Sąd stwierdził, że nie upewnił się on, czy „Chauffeur ma niezbędną dla poruszania się w wielkomiejskim ruchu umiejętność podejmowania szybkich decyzji i czy potrafi zachować zimną krew”. Sąd uznał wręcz, że nie miał i że „był raczej nieco strachliwy”. Ale przecież strachliwość to zaleta, bo dzięki niej kierowca jest ostrożny! – dowodził właściciel auta – i właśnie dlatego wolałem zatrudnić kierowcę strachliwego, niż ryzykanta. Nic jednak nie wskórał, bo sąd był zdania, że „zachowanie kierowcy wskazuje, że był on strachliwy z natury, a to nie powinno umknąć uwadze właściciela auta, który musiał wiedzieć, że to niebezpieczne w ruchu drogowym”. Ale jak, pytał załamany podsądny, miałem się przekonać, że mój kierowca jest strachliwy z natury?! Musiałbym przecież specjalnie prowokować niebezpieczne sytuacje na drodze!
Gdyby berliński kupiec zatrudniał szofera, choćby i strachliwego, może opisany wypadek nie miałby tak tragicznych skutków. Może wystarczyłoby naprawić uszkodzone auto w warsztacie Heyne i Fritsche w Jordanowie, zatankować je przy jednej z tamtejszych pomp paliwowych i ruszyć w dalszą drogę.
Pędząc wkrótce nową S-ósemką i mijając Jordanów Śląski, możemy z uśmiechem wspominać pionierskie czasy motoryzacji, ale też stosować się do niektórych rad z tamtego czasu: „Najpierw bezpieczeństwo, potem prędkość. Kilka chwil zaoszczędzonych dzięki szybkiej jeździe to nędzna zapłata za niebezpieczeństwa, jakie ściągasz na siebie i innych”.
Tekst: Roman Skąpski