Było to tak dawno temu, że w miejscu, gdzie dzisiaj nad rozległą równiną góruje Masyw Ślęży, w ziemi znajdowały się tylko dwa niewysokie pagórki i… wielka dziura. Codziennie z czartowskiego królestwa wychodziły tędy diabły, aby wspiąć się na jedno z wzniesień zwane Sępią Górą (a dzisiaj Radunią) i przyglądać się światu. Myśli czartów były prawdziwie diabelskie, krążyły wokół jednego pytania: jak sprawić, by nienawiść, złość i podłość na dobre zagnieździły się na ziemi? Były już bardzo bliskie znalezienia odpowiedzi, gdy na sąsiedniej górce (znanej dziś jako Gozdnica) zobaczyły anielski zastęp. „Co do czarta? Do stu par diabłów! Diabli ich nadali? Po kiego diabła tu przyszły?”, krzyczały jeden przez drugiego, a młody czart, znany z tego, że działał szybciej niż myślał, rzucił w stronę aniołów pierwszy kamień. Nikt nie wie, jak to się stało, że po chwili w powietrzu widać było już grad kamieni. Leciały z obu stron, bo anioły nie pozostawały diabłom dłużne. Rozpętała się prawdziwa bitwa, a amunicji było pod dostatkiem, bo szczyty obu pagórków pokrywało skalne rumowisko.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy walka pomału wygasała. Na koniec nikt nie widział już wroga z powodu nastających ciemności – ale też dlatego, że pomiędzy Radunią i Gozdnicą z głazów, które nie doleciały do przeciwnika, powstała wielka góra w kształcie stożka. Domyślacie się zapewne, że mowa tu o narodzinach Ślęży. Zmęczone walką czarty mogłyby z wyniku bitwy być zadowolone (remis je całkiem satysfakcjonował), gdyby ktoś nie zadał retorycznego pytania: „A gdzie podziało się wejście do piekła?”
Jasnym stało się dla wszystkich, że dziurę w ziemi to nie diabeł ogonem zakrył, ale zasypały kamienie używane podczas bitwy. Przywódcę czarciego oddziału ogarnęła wściekłość jak diabli, uderzył swym kozim kopytkiem tak mocno, że góra zadrżała, skała tąpnęła i kamienie z ziemią osunęły się, tworząc coś na kształt siodełka pomiędzy Radunią a Ślężą. Miejsce to nazwano później Przełęczą Tąpadła. A skąd wzięły się okoliczne wzgórza? Tam, gdzie diabły swymi diabelskimi sztuczkami próbowały zaskoczyć anioły, atakując je wielkimi głazami z lewej flanki, urosły wzniesienia nazwane dziś Wzgórzami Oleszeńskimi, znajdujące się natomiast po drugiej stronie Wzgórza Kiełczyńskie usypane zostały z kamieni, którymi pod koniec bitwy czarty obrzucały wycofujące się anielskie zastępy.
Tyle legenda, ale warto w niej kilka drobnych rzeczy wyjaśnić. Otóż kamienne pociski, którymi posłużyły się dwa walczące oddziały, to głównie ciemnozielone gabro, skała znana z wyjątkowej twardości oraz odporności na wietrzenie, pokrywająca szczyt góry, i granit spotykany od północnej i północno-zachodniej strony Ślęży; anioły rzucały zaś przede wszystkim serpentynitami, skałami metamorficznymi, będącymi głównym budulcem Raduni. Bitewne kamienie znajdujące się na zboczach Ślęży, Raduni i Wieżycy zostały przed wiekami użyte przez ludzi, którzy ułożyli z nich wały otaczające szczyty najwyższych wzniesień. Do dzisiaj naukowcy wiodą spór, jaką pełniły funkcję. Być może odgrywały rolę kultowych kręgów oddzielających profanum od sacrum – miejsc świętych, gdzie oddawano cześć słowiańskim bóstwom – a może stanowiły część obronną dawnego grodu i zamku? Niektórzy szukają bardziej prozaicznych wyjaśnień i tłumaczą, że kamienne wały były ogrodzeniami chroniącymi wypasane na stokach bydło.
A co z diabłami, które grasują na ziemi i nie mogą wrócić do piekła? Podobno próbują dostać się do czarcich czeluści, ściągając burze z piorunami i uderzając gromami w szczyt góry. W ten sposób w 1834 roku od pioruna spłonęła kaplica znajdująca się na Ślęży, ufundowana przez opata kanoników regularnych Johanna Sieverta. Kościół w niespełna dwadzieścia lat odbudowano, ale – jak widać – czarcie nasienie nie poddaje się i do dzisiaj burze często zaskakują turystów zdobywających nasz śląski Olimp.
Tekst i zdjęcia: Marta Miniewicz